HejLech.pl
„Kotor”, dziękujemy!
Józef Djaczenko
Autor: Józef Djaczenko
13/05/2016
To ostatni piłkarz, o którym możemy powiedzieć, że jest Lechitą z krwi i kości Właśnie go żegnamy. Jeżeli zagra w kończącym sezon meczu przeciwko Ruchowi, będzie to jego ostatni występ w karierze.

Za cztery miesiące stuknie mu czterdziestka. Najważniejsze i najdłuższe lata kariery spędził w Kolejorzu, któremu od dziecka kibicował, choć początkowo wydawało się, że nie będzie mu dane ubrać koszulki ukochanego klubu. Jego ojciec Paweł też był dobrym bramkarzem. Grał w Lechu, gdy ten jeszcze rozgrywał mecze na Dębcu, karierę kończył w poznańskim Grunwaldzie. Krzyszof jako dzieciak, jak wspomina, lubił ubierać bramkarski strój ojca, bawić się w piłkarza, wyczynowo uprawiany sport był mu pisany. Wkrótce rozpoczął treningi, ale mieszkając na Piątkowie nie miał szans podróżować aż na Dębiec. Trzeba było wybrać pobliski Golęcin. Jest więc wychowankiem Olimpii. Matka pocieszała go, że jeżeli będzie dobrym bramkarzem, i tak prędzej lub później trafi do Lecha. Okazała się dobrym prorokiem, choć jej przepowiednia spełniła się po długich latach.

 

Kiedy przechodząca organizacyjne problemy Olimpia łączyła się z Lechią Gdańsk, Krzysztof nie pojechał do Gdańska. Kłóciłoby się to z planami edukacyjnymi. Związał się Lubońskim KS, treningi łączył z nauką. Wkrótce trafił do Grodziska, do drugoligowej Dyskobolii. Za sprawą ambicji właściciela klub rósł w siłę, awansował do ekstraklasy, „Kotor” był pierwszym bramkarzem. Do czasu, bo właściciel sprowadzał coraz lepszych zawodników. Chcąc więcej grać, zdecydował się na przeprowadzkę do Błękitnych Stargard, gdzie wydawała się rodzić nowa potęga. Właściciel szybko jednak wpadł w tarapaty, wycofał drużynę z rozgrywek.

 

W 2004 roku zaczął się najważniejszy okres w karierze „Kotora”. Zrealizował to, o czym zawsze marzył – trafił wreszcie do Kolejorza. Na pomysł sprowadzenia go, początkowo jako zmiennika pierwszego bramkarza, wpadł trener Czesław Michniewicz. Przez 12 lat, jakie spędził przy Bułgarskiej, zmiennikiem bywał często, bo do klubu trafiali zawodnicy klasowi, ale zawsze, prędzej lub później, stawał się bramkarzem nr 1. Kibice żartowali, że choćby nawet piłkarzem Lecha został Buffon, „Kotor” prędzej lub później by go z bramki wygryzł. Przed sezonem 2009/2010 władze klubu nie chciały z nim przedłużać umowy. Bliski był gry w lidze greckiej, nastąpiła jednak zmiana decyzji, co prawdopodobnie zaowocowało mistrzowskim tytułem dla Lecha. Pod koniec sezonu został ostatnim wartościowym bramkarzem. Bronił świetnie, ratował drużynę wielokrotnie.

 

Dwukrotnie zdobył z Lechem mistrzostwo Polski (2010, 2015). Przez 12 lat rozegrał więcej spotkań niż jakikolwiek inny bramkarz w całej historii Lecha – 221. W niedzielę o godzinie 18 Kolejorz rozpocznie spotkanie z Ruchem Chorzów, oby z Krzysztofem Kotorowskim w składzie. Byłaby okazja podziękować mu za to, co dla nas zrobił – za piękne parady, niezapomniane mecze (choćby ten arktyczny przeciwko Juventusowi). Za to, że był z nami przez tyle lat, cieszył się opinią dobrego ducha drużyny. I oby w klubie pozostał, już w innym charakterze, dzieląc się z młodzieżą wiedzą i doświadczeniem.